„Jako bibliotekarka wiem jedno: będę ją polecać czytelniczkom, które nie boją się ciszy między zdaniami. Tym, które nie potrzebują fajerwerków, lecz gęstej atmosfery. Tym, które lubią, gdy książka pracuje w nich jeszcze długo po odłożeniu.”
Droga Przyjaciółko,
Piszę zatem do Ciebie z bibliotecznego zaplecza, między półką z literaturą obyczajową a działem „proza współczesna — Polska”, bo właśnie tam próbuję umiejscowić Córki Mroku — i wciąż nie wiem, czy robię to właściwie.
Mam na myśli powieść Córki Mroku autorstwa Agata Sosnowska, wydaną przez Wydawnictwo S@N. Książkę, której naprawdę niewiele mogę zarzucić — a jednak nie potrafię jej w sobie do końca osadzić.
Zawodowo powinnam być zdecydowana. Powinnam wiedzieć, komu ją polecić bez wahania, do jakiej kategorii przypisać, jakim jednym zdaniem ją streścić. Tymczasem to proza, która wymyka się etykietom.
To nie jest klasyczna saga rodzinna, choć czuć w niej ciężar dziedziczenia — nie tylko historii, ale i emocji. To nie jest też typowa powieść psychologiczna, choć relacje między bohaterkami budowane są z dużą uważnością i subtelnością. Mrok nie jest tu dekoracją ani zabiegiem stylistycznym. Jest stanem. Przestrzenią wewnętrzną.
Czytałam ją z autentycznym zainteresowaniem. Doceniałam konstrukcję, konsekwencję języka, dojrzałość narracji. Autorka pisze oszczędnie, chwilami surowo, ale świadomie. Buduje napięcie nie poprzez dramatyczne zwroty akcji, lecz poprzez niedopowiedzenia. Cisza w tej książce waży więcej niż krzyk.
A jednak…
Nie porwała mnie emocjonalnie. Nie wciągnęła tak, bym zapomniała o świecie. Raczej szła obok mnie — równolegle. I może to właśnie jest jej siła? Może to książka, która nie chce uwodzić czytelnika, tylko zmusza go do współobecności?
Zastanawiam się, czy problem leży w niej, czy we mnie. Bo wiem, że to dobra proza. Rzetelna. Przemyślana. Uczciwa wobec swoich bohaterek. Nie epatuje dramatem, nie szuka tanich wzruszeń. Wymaga skupienia i cierpliwości.
Może dlatego mam wobec niej tyle szacunku — i tyle wątpliwości jednocześnie.
Będę ją polecać tym czytelniczkom, które pytają o „coś spokojnego, ale mocnego”. Tym, które nie boją się historii utkanych z półcieni. Tym, które nie potrzebują jasnych odpowiedzi.
A prywatnie? Wciąż się waham. Może to jedna z tych książek, które dojrzewają w czytelniku powoli. Może trzeba ją przeczytać drugi raz. A może to ja jeszcze nie umiem jej w sobie właściwie ustawić.
Napisz mi, co Ty o niej sądzisz. Bo czasem nawet bibliotekarka potrzebuje drugiej opinii.
