
Dla Cilki życie wciąż było największą wartością. To ono mimo swego parszywego losu było dla niej siłą. I choć miejsce, do którego trafiła, ma nieco inne przeznaczenie niż obozy pod niemiecką okupacją, to jest to tak samo nieludzkie miejsce, jak i poprzednie, w którym paradoksalnie do głosu dochodzą te najbardziej ludzkie cechy — czego przykładem jest właśnie Cilka Klein.
Trudne warunki życia, nieludzkie traktowanie, praca ponad siłę to jednak nic w porównaniu z ciążącym na młodej kobiecie poczuciu winy. Wciąż jednak walczy. To jej wewnętrzna siła nie pozwala jej się poddać i nowe uczucie, którego nie spodziewała się kiedykolwiek doznać.
"Podróż Cilki" to historia, która onieśmiela. Obnaża jednocześnie ludzką bezmyślność i brak szacunku do życia. Bo czymże w porównaniu do problemów Cilkia są nasze codzienne sprawy ( a przynajmniej ich większość)? Auto w naprawie, plama na nowej sukience, rozbity kubek, rozmazany tusz pod okiem, ciche dni z małżonkiem, jedynka córki w dzienniczku, a nawet utrata pracy. Każdego dnia znajdujemy powody do narzekania zapominając o tym, co naprawdę istotne. Cilka z łatwością nam o tym przypomina i zawstydza jednocześnie.
Tylko całkowity brak empatii może sprawić, że "Podróż Cilki" nie wywrze na czytelniku wrażenia. Nie wzruszy i nie potrząśnie nim. I choć są znacznie lepsze książki opiewające o losach ludzi zesłanych do łagrów to ta również zaskarbiła sobie moje względy. Heather Morris zaś udowodniła po raz kolejny, że najpiękniejsze historie pisze samo życie, nawet to pełne bólu, cierpienia i śmierci.
"Podróż Cilki" to kwintesencja wszystkiego, co ludzkie, w każdym tego słowa znaczeniu. POLECAM!!!
Za książkę dziękuję Wydawnictwu MARGINESY