Przyjemność poznania prozy Danieli Krien miałam za sprawą jej debiutanckiej książki "Kiedyś wszystko sobie opowiemy". Bez zastanowienia sięgnęłam teraz po "Płomienie"
i choć ta powieść daleka jest wzorcom fabularnym pierwszej historii, to
wciąż obnaża najważniejsze prawdy ludzkiej egzystencji. A robi to w
sposób wyzbyty z jakichkolwiek ubarwień. Jej bohaterowie są tyle samo
realni co i relacje między nimi. Autorka daje w ten sposób wyraz
ludzkiego istnienia szalenie namacalny. Czasem przykry, brutalny,
bolesny — ale prawdziwy. Aż do szpiku kości.
Mylnym jednak może wydawać się tytuł tej powieści, bo "Płomieni"
w związku jej głównych bohaterów coraz mniej. Z czasem wcale? Za to
sporo emocji, głównie tych związanych z bagażem doświadczeń. Utratą
zaufania. Braku wsparcia. Licznych klapsów zadanych słowem,
obojętnością, ciszą. Blednie również namiętność, a miłość zdaje się
przeradzać w coś zupełnie innego.
Para bohaterów tej książki to jednak ludzie z wieloletnim stażem. Trzydziestoletnim. Z dwójka dorosłych dzieci, którzy dawno za sobą mają chwile uniesień. Teraz towarzyszy im rutyna. Żyją niby razem, choć osobno. Rozmowy są zdawkowe, a spojrzenia
i dotyk zaledwie przypadkowe. Rośnie między nimi mur, w którym coraz
trudniej dostrzec furtkę do dawnej euforii życia. Ich niegdyś ożywione
rozmowy zastępowała teraz dystyngowana serdeczność. Przestali już nawet
ze sobą sypiać.
Ratunkiem dla nich miał być wspólny wyjazd w
góry, ale i ten nie miał okazji się ziścić. Złośliwość natury. A potem
trafia się oferta opieki nad domem przyjaciółki. Nie odmawiają. Być może
będzie to ostatnia szansa, by nadać ich życiu nowy bieg. Naprawić to,
co jeszcze zostało albo... Pogodzić się z nową rzeczywistością.
Tak poznajemy prawdziwą prozę życia bohaterów powieści "Płomienie".
Historię trudną i prawdziwą zarazem. W której postacie mimo trudnych
relacji nie wyzbyli się szacunku ani do siebie, ani do bliskich
im osób. Trwają ze sobą w tym, co dobre i złe. Czasem w samotności.
Smutku i niespełnionych oczekiwań. Wzajemnych żali. Autorka nie
ogranicza się jednak tylko do małżeński rozterek w tej historii.
Przywołuje również relacje między matką i córką. Pojawia się w niej
również wątek choroby, niepełnosprawności i tragedii, która im
towarzyszy. Pomówień i zazdrości.
Z uwagi na jej realizm trudno
nazwać ją zajmująca, czy wciągająca lekturą. Nie o to w niej jednak
chodzi. Ta książka wydaje się mieć zupełnie inne zadanie. Zmusza do
refleksji. Myślenia. Czytania między wierszami. Stawiania pytań i
szukania odpowiedzi. Nie jest jednak w żaden sposób moralizatorska.
Trudno dopatrzeć się w niej jakiejkolwiek sugestii wobec czytelnika.
Narzucania się. Ona jest takim kawałkiem cudzej historii, któremu
przyglądamy się z góry. Podejrzewam też, że "Płomienie"
mają szansę dotrzeć jedynie do dojrzałego czytelnika. Dla młodych ludzi
może okazać się ona nieco poza ich sferą doświadczeń. Wszystko jednak
zależy od ich czytelniczej wrażliwości, wiedzy i tego, jak traktuje literaturę. Czego w niej szukają.
Biblioteka Edymona