Ja pomiędzy
Gubię dni jak bilety z kieszeni płaszcza —
jeszcze ciepłe od wczoraj, już nieważne.
Chwile odjeżdżają bez pożegnania,
a ja stoję na peronie
i macham do tego, co było.
Bo przeszłość, choć ma daty minione,
ma też twarze, zapach kawy.
Nie straszy.
Wraca. Odwiedza.
Jutro pachnie nieznanym.
W kieszeni nosi sprasowany smutek
i pytanie bez odpowiedzi.
Niby mam plan, rytm,
spokój rozpisany na godziny —
a jednak się chwieję,
bo przyszłość nie składa obietnic na piśmie.
Nie jestem już tylko „tu i teraz”.
Jestem archiwum własnych potknięć,
spisem lęków z przypisami,
tekstem z zagiętymi rogami —
czasem szalonym mimo woli,
czasem zagubionym jak klucz bez drzwi.
Śmieję się za głośno, milknę zbyt długo.
Tęsknię, stawiając krok naprzód.
Potykam się o kamień, pył, kałuże,
o słowa wypowiedziane za szybko
i te, których zabrakło —
to moja specjalność.
Z wiatrem gonię, pod wiatr oddycham.
Nauczona, że szczęście
nie zawsze stoi w złotej ramie.
I tylko nocą,
kiedy cisza rozplata włosy z myśli,
proszę siebie o wybaczenie —
za zło małe i większe,
za niedoskonałość.
Bo jestem — niegotowa,
nieskończona, nie bez winy.
Ale żywa.
Ze strachem pod rękę
i z nadzieją, że jutro nie będzie sądem,
lecz kolejną kartką do zapisania.
