Piszę o tej książce tak, jak sama lubię czytać – spokojnie, bez nachalnych zachwytów, ale z uważnością na to, co między słowami.
„Wyrodna” Justyny Stasio-Sigi to historia, która nie podnosi głosu. Ona raczej siada obok i mówi: „Posłuchaj. To nie jest proste”. I rzeczywiście – nie jest.
To opowieść o kobiecie, którą jedni znają jako dobrą matkę i przykładną żonę, a inni – kiedyś – widzieli zupełnie inaczej. Zenobia funkcjonuje w dwóch porządkach: tym teraźniejszym, uporządkowanym, i tym przeszłym, który nie daje się zasypać. Gdy do jej życia wraca ktoś z dawnych lat, nie chodzi wyłącznie o spotkanie. Chodzi o konfrontację. Z decyzjami. Z winą. Z macierzyństwem, które nie zawsze jest czarno-białe.
Co w tej książce wybrzmiewa najmocniej?
Przede wszystkim emocjonalny ciężar historii. To dramat rodzinny oparty na relacjach, na niewypowiedzianych słowach, na poczuciu straty i potrzebie przebaczenia. Autorka sięga w przeszłość – do lat 30., do wojny – i pokazuje, jak bardzo dawne wydarzenia potrafią determinować kolejne dekady życia.
Atutem jest także tło historyczne – Łódź lat 60. Fabryczna rzeczywistość, powojenna mentalność, społeczne oceny – to wszystko tworzy wiarygodną przestrzeń dla tej historii. Nie jest to tylko scenografia, lecz element, który wpływa na wybory bohaterów.
A co budzi mieszane odczucia?
Dla części czytelników tempo może okazać się zbyt spokojne. To książka, która rozwija się powoli. Napięcie narasta bez gwałtownych zwrotów akcji. Jedni nazwą to dojrzałym „slow burn”, inni – brakiem dynamiki.
Pojawiają się też głosy, że pewne rozwiązania fabularne są przewidywalne. Nie dla wszystkich jednak jest to wada – w tego typu historii większy nacisk położony jest na emocje niż na zaskoczenie.
Podsumowując
„Wyrodna” to opowieść o tym, jak trudno uciec od własnej przeszłości i jak wielkiej odwagi wymaga zmierzenie się z nią. To książka dla tych, którzy cenią psychologiczny wymiar historii, a nie potrzebują szybkiej akcji.
Nie jest to lektura spektakularna. Jest raczej cicha. Momentami bolesna. I zostawia pytanie, z którym czytelnik zostaje sam: czy zawsze jesteśmy tylko tym, jak nazwali nas inni?
.png)