„Przetok” - powieść, w której autorka odważnie odchodzi od schematów kryminałów, z którymi wielu czytelników ją kojarzy. Owszem, zbrodnia jest. Tajemnica również. Ale to nie one grają pierwsze skrzypce. Najgłośniej brzmi cierpienie – ciche, przewlekłe, nieefektowne. Takie, które nie kończy się wraz z ostatnim tchnieniem chorego, tylko dopiero wtedy naprawdę się zaczyna.
Dominika, Jakub i Mateusz to bohaterowie, których nie da się ocenić jednym zdaniem. Ich decyzje bywają niewygodne, momentami bolesne w odbiorze, ale właśnie dlatego tak prawdziwe. Każde z nich dorasta w cieniu śmierci – nowotworowej, długiej, wyczerpującej. I każde reaguje inaczej. W tym sensie „Przetok” jest niemal studium psychologicznym: co się z nami dzieje, gdy miłość miesza się z bezradnością, a wiara z poczuciem winy?
Jako bibliotekarka zwróciłam szczególną uwagę na konstrukcję czasu. Trzy płaszczyzny – dawno, niedawno i teraz – działają tu jak precyzyjnie ustawione lustra. Przeszłość nie jest tylko tłem. Ona aktywnie wpływa na teraźniejsze wybory. I nagle czytelnik zaczyna zadawać sobie bardzo niewygodne pytania: Czy naprawdę jesteśmy wolni od tego, co było? Czy charakter to suma naszych dawnych strat?
Postać księdza Wirtela to osobny rozdział tej opowieści – mroczny, niejednoznaczny, doskonale napisany. Motyw wiary nie jest tu ani oskarżeniem, ani pocieszeniem. Jest próbą. Granicą. Sprawdzianem moralności, która w sytuacjach granicznych potrafi boleśnie się rozmywać.
Pierwsza połowa książki emocjonalnie mnie zmiażdżyła – nie będę udawać. Obserwowanie powolnego umierania bliskich to jedna z tych literackich podróży, po których trzeba zamknąć książkę i pooddychać. Druga część przynosi więcej dynamiki, więcej thrillera w klasycznym rozumieniu. Finał? Zgrabny, logiczny, może nawet przewidywalny – ale absolutnie na miejscu, bo tu nie chodziło o zaskoczenie. Tu chodziło o konsekwencje.
„Przetok” to nie jest lekka lektura do tramwaju.
To książka, która zostaje w głowie i w sumieniu.
To opowieść o tym, jak cienka bywa granica między dobrem a złem, gdy na szali leży cudze cierpienie.
I o tym, że najstraszniejsze napięcie rodzi się nie w ciemnych zaułkach, lecz w ludzkim umyśle.
Jestem zachwycona. Rozbita emocjonalnie. Poruszona.
I dokładnie za to kocham Hannę Szczukowską-Białys – za odwagę, za empatię i za literaturę, która nie schlebia, tylko pyta.
Z bibliotecznego regału mówię jasno:
to nie jest „kolejny thriller”.
To ważna książka. I bardzo potrzebna.
.png)