
Otóż Julia Phillips posiada dyplom doktora literatury rosyjskiej. Miała także okazję spędzić kawałek swojego życia w miejscu, gdzie za sprawą własnych słów przenosi czytelników. To niewątpliwie daje jej podstawy i uwiarygodnia treść poznanej historii.
„Znikająca ziemia” to jedna z tych niewielu książek, w których można się rozsmakować. Uwiodła mnie swoją nieskrępowaną prostotą i bogactwem postaci, nakreślonych wyjątkowo kunsztownym i plastycznym językiem. Niezwykle osobliwa. Zintegrowana do granic możliwości.
Autorka niewiele pisze o samym życiu na Kamczatce. Wystrzega się wnikania w głębsze sfery egzystencji miejscowej ludności, nie omija jednak tego, co ważne i codzienne dla samego utworu. To tak jakby mimochodem napomykała o sprawach, których nie sposób ominąć. To jednak wystarczyłoby poczuć klima putinowskiej Rosji i zagryźć zęby.

Na powieść składa się niejako dwanaście opowieści — jedna na każdy miesiąc roku. A w każdej z nich historia innej kobiety i jej rodziny. Niektóre z nich się zazębiają. Inne są bardziej odległe i niezależne — wciąż jednak stanowią niezbędny kawałek całej układanki. Wszystkie one tworzą bowiem swoisty obraz kobiet doświadczonych przez los i skrajne emocje.

W utworze tak naprawdę niewiele się dzieje – ale nie o akcję chyba w nim chodzi. Są za to wielkie i głęboko ukryte emocje – gdyż o ich istnieniu powiedziały mi – paradoksalnie — moje ręce. Długo nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo wsiąkłam w historię owej społeczności, póki nie zdrętwiały mi dłonie od wyjątkowo silnego uścisku na książce. A to nie dzieje się na co dzień.
Im bliżej byłam jej końca, tym bardziej pragnęłam znów ją czytać od początku. Ot cały sekret „Znikającej ziemi” - którą musicie poznać.
No może jeszcze zakończenie powieści, które pozostawia po sobie głęboki niepokój i myśli zgoła szalone.
A to, co może dodatkowo zachęcić, wciąż niezdecydowanego czytelnika to delikatnie utkane relacje pomiędzy mieszkańcami Kamczatki i zróżnicowany pod względem etnicznym teren.
Za książkę dziękuję Wydawnictwu LITERACKIE