Angela Wood to mistrzyni sztuki złodziejstwa kieszonkowego. Nie
zamierza jednak być złodziejką przez całe swoje życie. W tej chwili jest
to jednak dla niej najpewniejszy zarobek. Jedynie w tym widzi szanse na
odbudowanie własnego życia i realizację marzeń. Nie jest jednak
zachłanna. Kradnie tyle ile potrzebne jej by przeżyć i odrobinę odłożyć.
Robi to inteligentnie i z nadzieją, że pewnego dnia wróci na właściwe
tory. Będzie jeszcze tylko musiała uporać się z dawną traumą i
cierpieniem, które dławi ją od środka. Musi uwolnić się od śmierci i
poczucia winy. Trzy tygodnie przed Bożym Narodzeniem życie panny Wood
zmienia się diametralnie. A wszystko to za sprawą jednej skradzionej
aktówki. Kara, którą dziewczyna chciała wymierzyć gburowatemu
mężczyźnie, została wymierzona prosto w ni, a ona sama stanęła twarzą
twarz zz realnym niebezpieczeństwem.
Nieoczywiste są bowiem ścieżki ludzkiego życia. Nigdy nie wiadomo gdzie i kogo spotkamy na swej drodze i czym zasłużymy sobie na jego gniew. Tym bardziej staje się więc przerażająca historia młodej zagubionej dziewczyny. Choć w jej przypadku było to raczej do przewidzenie. Naruszenie czyjejś prywatności i zagrabienie sobie jego własności to zdecydowanie uzasadniony powód do złości. Tyle tylko, że ten ktoś wcale jej nie okazywał. Nie robił wrażenie ani złego, ani nawet zagniewanego. Była za to śmiertelnie niebezpieczny, o czym przekonała się nie tylko Angela. Dziewczyna, na której charakterze było niestety nieco więcej rys, niż tylko ta mało szlachetna profesja. Z czasem daje się ją jednak polubić, mimo iż czasem chciałoby się jej przyłożyć klapsa. Trudno bowiem o akceptację jej niektórych zachowań, zwłaszcza że dziewczyna wydaje się być wyjątkowo inteligentną spryciarą. Mimo to pozwala sobie na lekkomyślne działania i uległość wobec swoich nałogów, czym naraża na niebezpieczeństwo nie tylko życie swoje, ale i innych. Nie sposób jednak odmówić jej charakterku i zaciętości. Za tą maską beztroski, zaciętości i pewności siebie kryje się jednak zupełnie inna dziewczyna. Ktoś kto nosi w sobie własne demony, z którymi musi uporać się jak najszybciej. Jednym z nich jest tytułowy "dziennik śmierci" znaleziony niedawno w skradzionej aktówce, którego lektura poruszyła tak samo ją, jak i grupę policjantów do których trafił. Tak też zaczyna się jej prawdziwy życiowy koszmar. Koszmar, który nie omija również detektywa Roberta Huntera.
Mamy więc bohaterkę, która inicjuje ciąg niefortunnych zdarzeń (delikatnie mówiąc). Śledczych, dla których sprawa dziennika staje się priorytetową i spędza im sen z powiek, oraz mordercę, który wyjątkowo dobrze radzi sobie z unikaniem sprawiedliwości. Jest tak samo groźny co i sprytny. Jego umiejętności wydają się nawet przewyższać zdolności policji. Wyjątkowo inteligentny i pełen możliwości. Trudno go namierzyć i jeszcze trudniej złapać. Na tym też bazuje powieść Chrisa Cartera, co sprowadza ją do rangi "powieści z akcją". Inteligentnej gry prowadzonej pomiędzy policją a zwyrodnialcem. Inaczej bowiem nie da się opisać kogoś kto żywcem zakopuje ciało młodej kobiety by za pomocą kamery patrzeć jak umiera. Kogoś kto nagrywa jak ofiara polana żrącym kwasem żegna się z życiem. Kogoś, kto każdą ze swoich zbrodni opisuje w dzienniku.
W tym momencie niejeden czytelnik zda sobie być może sprawę, że to nie jest książka dla niego. Brutalność i okrucieństwo jakie maja tu miejsce nie są dla zbyt wrażliwego czytelnika. Znajdą się jednak i tacy, których mocna strona powieści właśnie uwiedzie. Na szczęście takich scen nie jest wiele, a i one same nie są jakby istotą i sensem całej powieści. Można je więc spokojnie pominąć. Dla mnie równie istotny był również język powieści, który w tłumaczeniu Radosława Madejskiego był niezwykle przyjazny. Sama fabuła zaś robi wrażenie dopracowanej i spójnej. Powieść w dużej mierze opiera się na dialogach, które wbrew pozorom wiele wnoszą do powieści. Są naprawdę treściwe. Krótkie rozdziały zaś, skonstruowane w bardzo podstępny sposób nie pozwalają odłożyć książki. Każdy z nich kończy się bowiem pozostawiając czytelnika z niedopowiedzeniem co buduje napięcie i idącą za tym ciekawość. Rutyną staje się wiec myśl "jeszcze tylko jeden rozdział".
Sam finał powieści choć przewidywalny, bo wiadomo że dobro musi wygrać ze złem, jest spektakularnym uwieńczeniem tej historii. Nie on jest tu jednak najważniejszy a sama droga dochodzenia do sprawiedliwości. Gra która się toczy na kartach książki. Nie kto, ale jak i kiedy.
W kilku słowach: "Dziennik śmierci" to przerażająca, ale i porywająca powieść. Historia na cztery z plusem. Myślę, że jeszcze nie raz po niego sięgnę, skoro oferuje takie emocje. ;)
Za książkę dziękuję Wydawnictwu SONIA DRAGA