Niewielka, niełatwa, niecodzienna i nie do zapomnienia historia, która może śnić się po nocach. Proza, o której można rozmawiać godzinami. Niepokojąca wręcz.
Wiele lat temu, kiedy każdy z nich miał jeszcze głowę pełną marzeń przyjaźnili
się. Razem studiowali. Teraz postanowili na powrót zrobić coś szalonego.
Wynajęli wspólnie dom na całe lato. To miał być ich ostatni wyskok. Zapomnieli
tylko, że nie są już sami. Mają mężów, żony i dzieci, których
nikt nie pytała o zdanie. Postawili je przed faktem dokonanym, nawet jeśli były
już prawie dorosłe. Szaleństwo rodziców wyrwało je z dobrze znanego im świata.
Świata komputerów, laptopów, komórek i życia w ich świecie. Niektórzy
czuli się niemal jak więźniowie zamknięci w analogowej rzeczywistości. Ale i temu dali
radę. Wymyślili zabawę, która miała pozwolić im przetrwać. Udawali. Szukali. Byli
uważnymi obserwatorami i kryli się z własną tożsamością.
Wciągnęli w
nią rodziców. "I trzymali ich na krótko. Należało ich dyscyplinować.
Kradzieże, szyderstwa, skażenie jedzenia i napojów. Nie zauważyli tego. A my
uważaliśmy, że kary są współmierne do wykroczeń. najgorsze z przestępstw trudno
jednak było zdefiniować, a zatem także wymierzyć odpowiednią karę: chodziło o
sam fakt, że istnieją. O esencję ich jestestwa".
A potem
przyszedł huragan i zniszczył część domu w której obecnie przebywali. Burza okazała się niemal
katastroficzna w skutkach. Wszyscy na szczęście przeżyli. Mieli tylko inną świadomość tego
co się stało i co należy zrobić w następnej kolejności. Kiedy więc rodzice
pogrążali się w upojeniu alkoholowym i nie tylko w nim, dzieci zebrały swe siły
i uciekły. Miały inny cel. Inne wartości nimi kierowały.
Przyznam się
wam, że nie jest mi łatwo pisać o tej książce, tak jak i niełatwo było mi ją
sobie przyswoić. "Ewangelia dzieciństwa" jest bowiem historią pełną
bólu. Metafor i symboli, których chyba jeszcze nie wszystkie odkryłam. Jest
(była dla mnie) trudna w odbiorze. Autorka nie snuje bowiem ani prostej historii, ani
takiej w której wszystko podane jest na tacy. Nie mówi wprost. Zmusza do
zastanowienia się. Pochylenia się nad fabułą. Nad każdym z wątków. Były
momenty, w których odrzucała. ale tylko na chwilę. Irytowała. Była jednak
na tyle oryginalna, że nie dało się jej opuścić na dłużej. Intrygowała.
Czytałam ja jednak bardzo długo. Fragment po fragmencie. Czułam się jakby
zapuściła we mnie korzenie. Dziwne to było doświadczenie, choć uważam je za cenne.
"Ewangelię
dzieciństwa" wydaje mi się wymykać wszelkim gatunkom. Stanowić ten trzon
literatury, który zdobędzie sobie tyle samo zwolenników co przeciwników, a to
tylko dlatego, że jej rozumienie może odbyć się na wiele sposobów, choćby z
uwagi na odwołania się do elementów biblijnych i niekończącej się symboliki
powieści, która w swój niepowtarzalny sobie tylko sposób rysuje obraz
społeczeństwa pełnego rozczarowań, upadku wartości i priorytetów i zwykłej
moralności. Z której wybrzmiewają głosy mówiące o różnicy pokoleń,
przeczące wszelkim zmianom klimatycznym oraz postępującemu braku wiary w siłę
jednostki.
Na koniec
jeszcze tylko kilka słów o autorce, tej niecodziennej historii, o której trudno będzie
zapomnieć, o ile dotrzemy do jej końca. Wrażenie, które może bowiem zostawić po
sobie, będzie albo ogromne, albo nijakie. Tymczasem Lidia Millet ma na koncie
już kilkanaście powieści. Niestety tylko tę w polskim wydaniu. Co być może
niebawem się zmienia. Zarówno za sprawą tej książki, jak i nominacji do
National Book Award.