
Nie jestem jednak krytykiem literackim, by swoją ocenę uznawać za ostateczną, czy choćby właściwą. Mogę co najwyżej komentować i to też czynię.
Zdaje sobie jednocześnie sprawę ze zmienności gustów – nawet własnych. Jak dziś bowiem pamiętam fascynację książkami Helen Fielding i sama Bridget Jones, która zaskarbiła sobie serca wielu czytelników. Dlatego też dałam się namówić i na tę powieść, która mało tego, że polska to jeszcze bardziej współczesna.
Od tamtej pory minęło jednak sporo czasu. Zmieniłam się ja, moje otoczenia i jak widać mój smaczek literacki. Książka okazała się dla mnie dość nieprzystępna. Brak fascynacji nią sprawił, że byłam w stanie czytać zaledwie po kilka, kilkanaście kartek dziennie, co było nieco frustrujące. Poczucie obowiązku wzięło jednak górę. Oczywiście, były w niej i takie fragmenty, które bardziej wciągały i wprowadzały moje zmysły na właściwe dla niej tory. Czyli potencjał jest – a to oznaka, że być może w innym czasie, o innej porze roku lub w innym zestawieniu osobistych spraw ta powieść rozbawi mnie i zachwyci. Niestety nie dziś. Ja naprawdę to wierzę – bo dlaczego by nie? Nieznane są przecież nasze losy. A i powieść sama w sobie jest zabawna – tego jednego nie można jej odmówić.

Magdalena Czmochowska ma dość specyficzny styl pisania. Owszem – nieco przypominający niegdyś popularną serię o Bridget, jednak zgoła od niej odmienną i daleką moim oczekiwaniom. Zwyczajnie mówiąc – nie zaiskrzyło między nami. Zbyt szorstki język, za to pełen rzeczy i zdarzeń, które z czasem odrobinę nudziły. Nieco fragmentaryczna zaś fabuła powodowała, że permanentnie uciekałam od niej myślami. A może na odwrót? Mój brak skupienia powodował jej powierzchowność?
Myślę jednak, że to będzie jedna z tych książek, która jednych rozkocha w sobie na zabój, a do innych podejdzie ze sporym dystansem. Może to i dobrze. Odmienność musi być. Dzięki temu i my mamy wybór. Dlatego też nie będę ani Was uparcie przekonywała do przeczytania „Cholernej książki” ani wam tego odradzała. Kto wie może sama za kilka miesięcy albo lat znajdę w niej na powrót coś, co mnie w niej urzeknie prócz samej Małgośki – super babki. Bo Małgośka, to ktoś taki jak my same. Czasem nieporadna, czasem szalona, raz kochająca na zabój innym razem pełna nienawiści – kobieta! Pechowa matka dwóch nastolatków, która wcale nie chce trwać w samotności. Rozwódka, która szuka partnera – najlepiej księcia z bajki – ale czy to możliwe? Zwłaszcza jeśli szuka się go w sieci? U jej boku wierne przyjaciółki, zawsze skore udzielić dobrej rady i gro mężczyzn, z którymi wdaje się w skomplikowane relacje. Choć akurat to słowo perfekcyjnie odzwierciedla tak naprawdę całe jej życie. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło.
„Małgośka – mówią mi –
on niewart jednej łzy,
on nie jest wart jednej łzy.
Małgośka – kochaj nas –

zaśpiewaj raz, zatańcz raz!
Małgośka – tańcz i pij,
a z niego sobie kpij,
a z niego kpij sobie, kpij.
Jak wróci, powiedz: nie,
niech idzie tam gdzie chce,
hej, głupia ty, głupia ty, głupia ty”.
Oto refren piosenka, która moim zdaniem świetnie współgra z „Cholerną książką” i samą bohaterką. Chyba jednak nie było tak źle z tą powieścią, jak mi się początkowo wydawało. Całkiem sporo pozytywnych emocji we mnie. Wiecie co? DAJCIE JEJ SZANSĘ!
Za książkę dziękuję Wydawnictwu EDITIO