piątek, 31 lipca 2020

"DAWNE KŁAMSTWA" - Muna SheHadi

Po śmierci Jillian Croft — wielkiej gwiazdy filmowej będącej uosobieniem kobiecości, trzy dorosłe jej już córki docierają do dokumentów medycznych matki, których treść zmienia ich dotychczasowy świat i wyobrażenie o własnej rodzinie. Od tej pory siostry nie potrafią zapomnieć o tym, co znalazły. To trudniejsze niż śmierć matki i choroba ojca. Dla Olivi i Eve te informacje są jednak niedorzeczne. Wypierają je ze swojej świadomości w każdy możliwy sposób, ale nie Rosalind — średnia z sióstr, której intuicja podpowiada, że to prawda. Zaczyna wierzyć, że matka ich nie urodziła. Nie mogła. Nie z taką przypadłością.
W jej pamięci na powrót pojawiają się obrazy z dzieciństwa. Zachowania matki i jej skrytość. Dziewczynki nigdy przecież nie widziały jej nago. Do tego każda z nich jest zupełnie inna i niepodobna do pozostałych sióstr niemal pod każdym względem. Rosalind nie zamierza jednak tkwić w tej niepewności bez końca. Rozpoczyna prywatne śledztwo, które ma ją doprowadzić do prawdy i prawdziwych rodziców. W swoim dochodzeniu pomija jednak siostry, które nie zamierzają brać w tym udziału i ojca, którego stan zdrowia nie pozwala na podejmowanie tak trudnych tematów. Nie będzie ryzowała kolejnego krwotoku w jego mózgu.

"Nie ulegało wątpliwości, że Rosalind i jej siostry nigdy nie miały się dowiedzieć. Rodzice niewątpliwie uważali, iż popełnili zbrodnię doskonałą. Lata mijały, kłamstwo coraz mocniej się zakorzeniało, i rodzicom, a później tacie i Lauren, łatwiej było pozwolić, żeby fałsz kwitł, zamiast wyrwać go jak chwast".

ROZCZAROWANIE — to słowo NIESTETY  ciśnie mi się na usta po skończeniu "Dawnych kłamstw" Muny Shehadi. Ciekawa fabuła z potencjałem zaplątała się bowiem w plątaninie słów, które nie do końca oddały właściwości tematu, a przynajmniej nie dotarły one do pokładów mojej wrażliwości.  Jeden z najbardziej wrażliwych wątków, jakim jest rodzicielstwo i podróż do korzeni, został sprowadzony do nieosobliwej opowiastki i dialogów jak rzeka, które wydają się bardziej służyć szarej codzienności, niż literaturze. Narracja podobnie jak i rozmowy między bohaterami bardziej skupia się na rzeczach przyziemnych, niż na ich wewnętrznych przeżyciach. To sprawi, że powieść rozmywa się momentami, a Rosalind, choć wydaje się zagubiona i targają nią wielkie dylematy, nie potrafi uzewnętrznić swoich emocji. Ból, smutek, tęsknotę, marzenia i lęki. Dla mnie te emocje były niestety nieosiągalne.

Trochę to dziwne zakładając, że nasza bohaterka wyrusza w jedną z najważniejszych podróży swojego życia. W poszukiwaniu matki i rodziny, która do niej nigdy nie należała. Tajemnica zaś, którą odkrywa kilka dni wcześniej, wywraca jej życie do góry nogami, a świat, w którym dotąd żyła okazuje się kłamstwem.

Znacznie bogatsze w emocje były dla mnie już fragmenty pamiętnika Jillian, która już jako nastolatka zmagała się ze swoją chorobą i problemem. Problemem, którego zupełnie nie rozumiała. Na domiar tego wokół niej nie było nikogo, kto pomógłby jej przez to przejść. Zbywana na każdym kroku, pełna niepewności, wciąż zadawał sobie to pytanie - "Jeśli nie jestem kobietą, to kim jestem". Te słowa w jej narracji mówią więcej niż niejeden rozdział tej książki. Mam nawet wrażenie, że ten pamiętnik zrobił większe wrażenie na mnie niż na córce pani Croft. Być może jet to wina przekładu lub też dystansu, z jakim bohaterka podchodzi do tematu. A może celowy zabieg, który ma powściągnąć emocje, by nie przytłoczyć nimi czytelnika.

Mimo to powieść czyta się znośnie, czasem trochę melancholijnie. Nie sposób też nie zauważyć nutki libańskiej kultury i smaków, jakie autorka przemyca w treści. W ten sposób Muna Shehadi uchyla rąbka historii własnej rodziny.

Wciąż jednak brakuje mi w powieści czegoś głębszego, nuty refleksji, kontrowersji, zaskoczenia, jakiegoś niebanalnego zwrotu akcji — czegokolwiek co wywołałoby we mnie emocje. Tymczasem bez zmian tkwię w obojętności wobec "Dawnych kłamstw". Daleko jej wiec w moim odczuciu do bezkompromisowej, szczerej i poruszającej do głębi prozy. Wystarczy przywołać takie nazwiska jak Sarah Moss czy Zeruva Shaley by zrozumieć, o czym mówię. Lub sięgnąć po niedawno wydaną "Wierność" Marco Missiroli. Choć może się mylę. Jestem przecież tylko czytelnikiem, pełnym wad i sprzeczności.


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Sonia Draga



1 komentarz:

  1. Wielka szkoda, że ta książka taka pozbawiona czegoś głębszego i w dużej mierze rozczarowująca. Lubię wątki związane z odkrywaniem rodzinnych tajemnic i fabuła sprawiła, że bardzo się zainteresowałam tym tytułem. Jednak lepiej chyba będzie odpuścić. Zaciekawiła mnie też ta libańska nutka, o której wspominasz.

    OdpowiedzUsuń